czarna świnia przebiegła mi drogę

Stałam jakaś taka zagubiona patrząc na gąszcz splątanych ulic Lijiang. Patrzę w tę mapę, patrzę na adres – i nic. Google jak zwykle działa z przybliżeniem kilometra. Mogłabym wziąć taksówkę, ale hippis w duszy zgrzyta zębami na samą myśl. Obmyślam więc jakby tu, jakby tu zapytać się o drogę a jednocześnie jakoś z honorem z tego wszystkiego. I nagle przychodzi jak grom z jasnego nieba ratunek. Are you lost? Chińczyk, a mówi. Obok niego jakiś połatany białas. Tak poznałam Haoge i S.

Czarne świnie

czarne świnie

Wąski, długi pokój, dość paskudny. Stoi siedem łózek. Na tym pod oknem jakieś bachorze pokwila. Według S. czasami całą noc. Że trochę śpi, trochę płacze. Następnie człowiek pomarszczony całym życiem, żółtobrązowy od słońca i papierosów z chińskim filtrem. Uśmiecha się oczami i bezzębnością. W kącie salki ktoś pali, litościwie puszczając kółka w kierunku korytarza bardziej. Wszystkie łóżka oblepione wielością rodzin, znoszących lepki ryż, kawałki kur, suszone węże. Siostry skośne w bieli, siedzą w kucki na korytarzu i wciągają ryż poranny /zaofan, śniadanie/ krótkimi siorbnięciami. Tak upływają godziny, dni, uformowane w dwa tygodnie na ściągnięcie płynu, kurację antybiotykową i przyjrzenie się popękanym żebrom. Nie narzeka. To kolejne zdarzenie, przepływ przez chińskie życie. Byt utracjusza podróżnika, bez żony, dzieci, stałych środków, przerwała mu żółta rzeczywistość Peoples Hospital in Lijiang.

Lijiang

Lijiang

Szpital składa się z kilku budynków. Właśnie zawiesiła się nad nimi jakaś chmura i pada. Stary człowiek na noszach toczony jest przez dziedziniec. Jakieś butonogi wystają spod brudnej, kwiecistej kołdry. Jakaś ręka z wenflonem podskakuje na wybojach podwórka. Otacza ją pięć osób: pielęgniarki, możejakaś rodzina. Pyzaty grubasek w ortalionie trzyma kroplówkę w jednym reku, papierosa w drugim. Medycyna zachodu w imporcie.

Irlandzkie piegi i ryżokremowy layout zlewają się w dziwną, pościelowo-cielesną jedność. Wdycha coś dziwnego. Mówi, że nie zadaje pytań, bo nie ma komu. Za kilka dni pozwolą mu się przenieść do hotelu. I wtedy wróci na zieloną wyspę, być nikimś, czyli sobą. Zapomni o pękniętych żebrach, chińskich autobusach i krętych drogach gór prowincji Yunnan. Śmieję się, bo cóż innego.

Jego jasnym punktem jest Haoge , pracownik firmy ubezpieczeniowej rozbitego autobusu, który pilnuje, żeby nic mu się nie stało, mówi że jest przystojny i zabiera do miasta. Haoge nauczył się angielskiego z filmów. Ma kolekcję zdjęć nastolatek na telefonie, 36lat i świeżo poślubioną Jiou Jiou, którą poznał i pokochał w Internecie. I są. takie szczęście. Kiedy siedzimy w barze, Haoge wysyła ją po papierosy by powiedzieć nam: `This is the woman i can spend my life with`.



Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Time limit is exhausted. Please reload the CAPTCHA.