ke neng, maybe
Powoli dochodzi druga w nocy. wszystkim już lekko odbija. Panorama za oknem przestała urzekać jakieś pięć godzin albo pięć dni temu, chińska papka na wynos gnuśnieje w żołądkach, muzyka traw i stepu pulsuje w głośnikach, splatając się z monotonnym rytmem modelowanych okiennic i balkonów. Dni tygodnia straciły znaczenie, zmieszały się w jakiś przedłużony czas trwania. Ciśnienie nadgodzin sprasowało polskie i chińskie fale mózgowe do gładkiego. Overtime. Esencja architektury.
W dziwny sposób ten szaleńczy bieg ku ekstazie finalnej prezentacji projektu kontrastuje z pierwszymi tygodniami, gdzie leniwie przesuwaliśmy czas rozważając każdą, nawet najdurniejszą możliwość. Niezdolni do podjęcia jakiejkolwiek decyzji, indolencją chińskiej uprzejmości, brodziliśmy w fazie ogólnej koncepcji.
Pytam się koleżanki, czy wrzuciła już na serwer swój przekrój. Taktownie nienarzucając swojej skromnej opinii odpowiada: maybe yes. Pytam się jaka jest maksymalna odległość do wyjścia ewakuacyjnego. Maybe 40. Kliniczna niechęć do wyrażania opinii intensyfikuje się w maleńkim słówku ke neng, maybe, 可能. Żadnych dogmatycznych tak lub nie, zawsze może, być może, raczej tak. Chiny są krajem wiecznej niepewności. Radosny chichot przykrywa się na wszelki wypadek wierzchem dłoni, a podczas kłótni przykleja do twarzy oszukany uśmiech. Hydraulik nosi garnitur, a studentka prawa lateksowy gorset. Oczywista wątpliwość.
Może to jest pies.


Dodaj komentarz