blisko, najwyżej 10 godzin autobusem
Jechałyśmy jakiś czas temu taksówką do domu. Budynki wyglądały znajomo, potem już nie. Alba bezskutecznie powtórzyła kilkukrotnie żądaną nazwę, bez skutku. Wyciągnęłam z torby mapę. Taksówkarz patrzył się jak zaczarowany obracając mapę. Zdenerwowana napisałam na kartce papieru adres. Taksówkarz radośnie pokiwał głową, zadzwonił gdzieś i zdecydowanie obrał kierunek. Dlaczego mapa to za mało?
Znajoma Chinka bardzo dokładnie wie gdzie znajduje się jej miejscowość. 8 godzin jazdy autobusem stąd. Wschód, zachód, północ? Niespecjalnie. To właśnie ona zaproponowała wyprawę do Yangshuo podczas kwietniowego święta Qingming. To blisko, powiedziała, najwyżej dziesięć godzin autobusem stąd. Żelaznej logice trudno zaprzeczyć. Map niech używają wojskowi, czy ktoś taki. Człowiek niech wie gdzie jest jego dom, rodzina. Rodzić się, żyć, umierać w jednym miejscu. Przeżywać wszystko znanymi szlakami, normalnie. Po co kreślić mapy czegoś co można ogarnąć wzrokiem. Tak funkcjonowały pokolenia, do czasów kiedy piętnastomilionowe miasta wyrastają na skinienie rządowego bytu, i drogą błyskawicznej ewolucji stajnie zmieniają się w parkingi a pola ryżowe w fabryki produkcyjne nike i hilfiger. Szalona urbanizacja wygnała precz z zielonego prosto w szare. Laobaixing nie ewoluuje, nie nagina się do przestrzeni, raczej zasiedla ją i organizuje. Przeniesiony ze środka prowincji Sichuan do tętniącego klaksonem taksówek komunikacyjnego chaosu spokojnie wydeptuje powoli ścieżki, wokół niego wyrastają pączkujące wykwity organicznej zabudowy, poboczem autostrady ciągnie dwukołowy wózek, a szerokie, wystawne chodniki zasiedla dymiącymi wokami.
Miasto uczłowieczone zostaje do skali dzielnicowej wsi, po której porusza się Laobaixing, z rzadka trasportując się tunelem czasoprzestrzennym autobusu do innych znajomych światów. Zmarginalizowana jedność przestrzenna nie istnieje, wszystko, cały kraj, świat jest po prostu kilkoma miejscami dryfującymi w nicości ziemi obcej. Dziesięć, jedenaści, dwadzieścia godzin autobusem.
Dziesięć godzin autobusem nie było takie złe. Było mniej więcej takie:
www.youtube.com/watch?v=0Ox2yr-x3jU
GUILIN.
Lonely Planet nie opisuje tego miasta jako mekki turystów. bardzo właściwie, bo nią nie jest. Guilin jest rozlanym zawieruszonym pośród przepięknych gór brzydactwem. Zlepkiem wszystkiego co miejsko niemiejskie. Uwięzłam tam na ponad dobę, zamiast cieszyć się znanym na poł Chiny makaronem postanowiłam zaznać chińskich wakacji. Prawdziwy Chińczyk idąc do pracy wie, że aż do emerytury bedzie dzielnie pracował przez wszystkie dni w roku z wyłączeniem Chinskiego Nowego roku, Święta Pracy i Dnia zmarlych. Wolne są również niedziele i soboty zależnie od wykonywanej pracy i kilka dziwnych świąt. Mieszanka urodzin Mao z tradycją buddyjsko konfucjanską. Po dwóch, trzech latach pracy w firmie Chińczyk dostaje prawo do dodatkowych 2 dni urlopu. Po trzydziestu latach wolno mu zapragnąć dwóch tygodni. Gdy zbliżają się dni wolne od pracy Laobaixing chwyta je łapczywie, starając się najeść wrażeń uchwycić wszystko naraz. Dużo, więcej. Glośno. Jaskinia w LEDach. Sztuczne kwiaty na sztucznych drzewach. Trzydziestoosobowe nagłośnione, wycieczki z przewodnikiem. Guilin, nigdy więcej.
Gdzie jest to Chińskie piękno? Gdzie niezwykłe krajobrazy i malownicze pola ryżowe usiane miniaturowymi ludźmi w szpiczastych kapeluszach? Chcę pocztówek w oczach.



Tlumaczac mentalnośc chińską na polski to jak z Torunia do Bydgoszczy 🙂