miłość
Na samym końcu okazało się, ze był cztery lata młodszy, nie od niej tylko niż twierdził. ONA by to jeszcze zniosła, chociaż wiadomo, najgorsze ze wszystkiego jest kłamstwo. Kłamstwo ma krótkie nogi, jak Chińczyk, ona mówi, że ten miał długie. Długie nogi, może ale stopy musiał mieć małe bo nie widziałam żadnych butów więcej niż 44. Kłamał też o mieszkaniu, kręcił jakąś historię, że wynajęte, a przecież w szafie jeszcze sukienki jakieś, jakby matki. Piękne, błyszczące Chinami, w cekinach ze smoków.
Teraz siedzi czasami oklapła, mętnie powiązane włosy wiszą jej z głowy, patrzy się tak niebieską bladością tęsknoty. W głowie sturbowane marzenie o miłości, wtłoczone nam wszystkim od noworodztwa. Spod dwupokoleniowej warstwy wychowania na kreskówkach o liberalizmie wyłania się kalwińska mleczarka. Ja już bym chciała. Wszystkie by chciały. Chichoczą tak żywo nakręconym śmiechem pokemonów, noszą zwiewne sukienki z chińskiego plastiku i buty dwanaście centymetrów ponad chodnikami. Czeszą włosy w rozpuszczone, tak żeby opadały dookoła człowieka. Czyhają na romans.
Romans szybki i niespodziewany, z jakiegoś filmu chcą go, a prawdziwa miłość dojrzewa powoli. „To jest moja koleżanka z uniwerystetu, ma 24 lata, jej ojciec ma farmę liczi, ona pracuje w firmie sprzedającej klimatyzacje”, numer ze zdjęciem. ON wtedy pisze, ona też. Po kilku, kilkunastu tygodniowych godach na we chat czasami dochodzi do spotkania. Jednego, dwóch. Po tych słowach wszystkich przelanych w monitory wie ile on zarabia, jaka jest jego praca, czy ma wiele sióstr, jaka jest jego firma, jeszcze tylko jakby taki rzut okiem.
Ona 27rz, wciąż panna, lekko już podwiędła. Starała się, ale nie przyszło. Na głos mówi, mam jeszcze czas. Jestem wciąż młoda, w końcu tylko jedno dziecko muszę, i brnie w to bagno staropanieństwa, obejrzy seks w wielkim mieście i wyda jej się, ze nawet po trzydziestce, można. Broda do góry i kwili tylko po kątach, i myśli, że jeszcze nie musi do parku, że to poniżające, że miłość winna spadać z nieba, że trzeba go poznać w pracy, na studiach, albo na nartach w Alpach. Tylko nie w parku. Bo to przecież uwłacza, albo wprowadza taki element przypadku, czy czegoś.
A przecież pokolenie matek, ciotek, babek wie. Wie, że takie jest życie. I przetrwa wybuchy złości kapryśnej córki, i będzie tam stać co niedziela i czekać aż inna matka przeczyta zalaminowane słowa:
kobieta
27 lat
wykształcenie wyższe
szuka księcia z bajki 9-35tys yuanów/miesiąc.




Nie byłoby nas pewnie gdyby Wenus z Willendorfu czy inne kobiety”dawne”,karmiły się tylko metafizycznym „Jesus lovs you”
@rozmaryn
a co my wiemy o społeczeństwie z czasów Wenus z Willendorfu? Jak był (hipotetycznie) matriarchat to problem mieli raczej mężczyźni, gdy nastał patriarchat to „kobiety dawne” też miały problem ograniczony, bo współczynnik feminizacji wśród dojrzałych płciowo był dla nich nadal korzystny. A kobieta kromaniońska na metafizykę czasu chyba nie miała, skoro z powodu niedożywienia jajeczkowała przeważnie tylko raz do roku :-p
a co do meritum postu – gorzej mają Chinki czy Hinduski?
najlepiej maja te z ludu Naxi, jak na wenuski troche za chude, ale przyrost maja jak mao przykazal.