Hong Kong
Hong Kong. Boję się wyjść z lotniska, tutaj czuję się bezpiecznie. Jest normalnie, tak jak powinno być. Są sklepy, kawiarnie ludzie. Siedzę od godziny na ławce i próbuję mobilizować się do dalszej drogi. Do walki z niezrozumieniem, do przeżycia wszystkich uśmiechów które przypominają wyuczony nawyk do porozumiewania się za pomocą gestów, kilkuminutowych przestojów gdy ktoś patrzy na ciebie i mówi. Wolno, wyraźnie, po mandaryńsku, kantońsku oczekując, że ty, Europejczyku zrozumiesz. Język trzech miliardów ludzi. Dziewczyna sprzedająca mi bilet jest urocza. Rysuję dla niej na kartce autobus i granicę. Piszę nazwę miasta. I jakimś cudem udaje się, jestem w jakimś dziwnym samochodzie, ściśnięta między dwoma Tajwańczykami. Jeden z nich łamanym angielskim opowiada mi o fabryce przetwórstwa rybnego którą posiada. Daje wizytówkę : „Call me, call me if you need anything”. Zasypiam. W Huanggang wsiadam w taksówkę z ulgą. To już, zaraz ten młody człowiek zawiezie mnie do biura. Ostatni nonszalancki zakręt kończy się przebitą oponą. Pomagam zmienić mu koło i jedziemy dalej. Opona musiała być chińska.


Dodaj komentarz