drzewa liczi i ray bany
Chodzi na bosaka po pracowni, pije śmierdzące herbaty i ma dłuższe paznokcie niż Lady Gaga. Opowiada mi wszystko o stylu Hui czy Ming, ludziach Hakka i snycerstwie. Jeździ srebrnym BMW, słucha Mozarta i mówi, że w Chinach nie ma wolności.
Ciemne okulary przesłaniają mi świat. Patrzę na to za oknem, miga mi. Mgliste powidoki poplatane z morza i fabryk, kudłate góry powleczone zielonym dwuskrętnie zwitkowane z nitką autostrady. Podwijam zimne klimą stopy, jakoś żeby tylko zasnąć wreszcie. W Chinach nie ma aviomarinu, dlatego, że wszyscy są niscy i mają błędnik w brzuchu. Ja mam tam tylko jakieś małże ze śniadania. Cudo sobota, wycieczka za miasto. Chciałam zobaczyć prawdziwe życie bogatych ludzi, tych co przyjeżdżają do Shenzhen srebrnymi samochodami i mają farmy liczi od pokoleń, wysyłają synów do Europy. Nie znałam nikogo tak bogatego. Mama mówi zawsze, że to dlatego że się źle ubieram. Teraz mam włosy Diora, oczy Chanel, angielski Oxfordu, starczy na gwiazdorstwo u Carringtonów Guangdong, potentatów liczi. Rozmawiam z nimi po chińsku. Biegle odpowiadam monosylabami, płynnie władam mocą 219 słówek. Dom jest jakiś monstrualny, dziesiątki pokoi ścielą się korytarzami po kątach palą się wiechcie kadzidełek, duszom zmarłych, może niedługo dla Edwarda Snowdena, jak juz wyślą go do Teksasu. „He’s a hero, because he fights with his governement”. Ale przecież Ty też, co ty mówisz o tej wolności. Ja tego nie rozumiem, o wolności słowa, Ty przecież codziennie mówisz, że rząd jest głupi, a Japończycy pójdą do piekła. Wszystko wolno powiedzieć, napisać na wechacie, a następnego dnia iść do pracy, normalnie, jak człowiek, byle tylko dużo zjeść potem. A on tylko powiedział, że niebo jest niebieskie i patrz.
Nie wiem skąd mi do głowy przyszły rekiny. Chyba przez tą siatkę ochronną co jej nie ma. Kawał morza otoczony linką splecioną ratownikow, bojek i dryfujących na falach chińczyków w kołach ratunkowych. Taki sport na okrągło. Ona zanurza stopy w wodzie, lekko się wzdryga, chwilę czeka aż chłopak zrobi kilka zdjęć iphonem a potem popiskując zaciąga go w morskie fale wód po kolana. Kotłują się chwilę popiskując, iksowate kolana, lajkra z falbanką, ocierają się dmuchanymi kółkami, niewiadomo już które jest które. Rytuał zabełtany z prawdziwym życiem.
Dopłynęłam do końca, chce dalej. Magnetyzujący horyzont, jakieś góry, przewrócić się na plecy i tak leżeć, z uszami pod wodą, żeby już nie było tego dookoła. Ktoś na mnie gwiżdże, że przekroczyłam jakąś barierę znowu, że już dosyć, dalej nie wolno. Pochłoną mnie może syrenki albo zderzacz hadronów ukryty pod gładkością z niebieskiego. Ktoś mówi mi co mam robić, ktoś inny pluje głośno do wody. Chcę iść na spacer wzdłuż plaży, wyjść a terenem ogrodzonego osiedla pałaców z basenami, normalnie iść, oddychać jakoś, bez muzyki w tle, iść nie do rytmu, bo żeby go nie było po prostu. On mówi, ze nie mogę, że teren jest ogrodzony, nie wolno tak po prostu przejść dalej. „It makes no sense, it’s a fucking prison!”. On wzrusza ramionami, „It’s safer that way, other people don’t come to the beach”.



Dodaj komentarz