dziennik podróży

11 czerwca

 Jedzą mnie jakieś robaki od zewnątrz. Krzyżówka komara, szarańczy i karalucha. Z dużym prawdopodobieństwem wszystkie przenoszą malarię i cyklofrenię. Wokoło nędza aż piszczy. Ludzie kupują jajka na sztuki, a ja przewalam się na dwuosobowym za 900peso z klimą na cały regulator. Dobrze ze wodę włączyli dopiero o 20, bo inaczej zjadłyby mnie wyrzuty sumienia. Marsz ku plaży zaczął się dzisiaj o4.55 kiedy to ruszyłam z jakiejś góry w okołohongkongskiej dżungli na samolot do Clark. I teraz od 14 godzin szukam Filipin. Szukam jakiejś postkolonialnej niechęci do świata, a tylko te uśmiechy wszędzie. Uśmiech do nędzy, uśmiech do postjankeskiej bazy wojskowej, uśmiech do klecanek z blachy trapezowej. Uśmiech do okupacji, dyktatury i kablówki.

Manila-Slums

 

We couldn’t give them back to spain. it would be cowardly and dishonourable. we could not turn them to germany or france-that would be bad business  and discreditable.  we could not leave them for themselves. they were unfit for self governement and they would soon have misrule and anarchy. There was nothing left for us to do but to take them all and educate the Filipinos, and uplift and civilise and christianize, and by gods grace, do the very best we could for them as our fellowmen for whom the christ also died.

 God bless America. And Phillipins.

 

12 czerwca

Z lotniska w Clark dojechałam do stacji autobusowej czymś co wyglądało na krzyżówkę jeepa, gimbusa i limuzyny; podobno to relikt po wojsku z USA. Kolejny, tuż po demokracji.

2

Udał mi się jakiś dworzec autobusowy, jakoś od razu wszystko. na autobusie napisała się nazwa Alaminos a ja byłam w środku.  4godziny, pół avatara i jack the giant slayer później przesiadłam się w tricykl do Lucap.

Dzisiaj razem z baskijsko francuską parą zabrałam się łódką we wyspy, do niebieskiego. 124 wyspy koralowe z jakimiś nieziemskimi światami dookoła. Dotykałam niebieskiej rozgwiazdy, patrzyłam się na świecące ryby, półmetrowe rekiny i koralowce w kształcie mózgu. skakałam z kilku najwyżej kilkunastu metrowej skały do morza i imprezowałam z bandą filipińczyków na malutkiej wysepce pośrodku stu innych. Wszystko mieści się w tych wyspach. Góra śmieci z Manili, która trzeba by rozwozić przez 11 lat 3000 ciezarowek, wodny lazur, dziesięciotysięczne miasteczko więzienia, rozpuszczające się w globalnym ociepleniu koralowce, piętnastoletnie prostytutki i ich biali, otyli amanci, radosny uśmiech na twarzach i bose dzieciaki w szkolnych uniformach w drodze do katolickich szkół.

Jutro dalej. Jeszcze więcej niebieskiej wody i kokosowych plaż.

4

13 czerwca

Na Filipinach, jak nauczono mnie w szkole, nie ma zimy ani lata, jest pora sucha i deszczowa. Deszczowa zaczęła się dzisiaj. Przemieściłam się wybrzeżem Zambales do Candelarii z zamiarem wyprawy na jedna z okolicznych wysepek. W połowie drogi zaczęło nieludzko padać.

4187196

W poszukiwaniu słońca i lazuru dotarłam do Masinloc, Iby, Botolan i w końcu do SanAntonio gdzie przytłoczona niczym i deszczem wsiadłam w losowy tricykl i poprosiłam o zawiezienie gdziekolwiek na plaży nie za drogo. One się pewnie niczym nie różnią między sobą. Jest ich kilkadziesiąt jeden kolo drugiego, wzdłuż plaży, kokosowych palm i wioskowej nędzy. Ten miał internet i był.

Deszcz padał z góry, z boku i czasami nawet z dołu. Poszłam się kąpać w dwumetrowych falach, bo było wszystko jedno. Wciąż padało a woda była ciepła.

14czerwca

Libacja mięsno ryżowa z Filipińczykami zakończyła się późnym wieczorem azjatyckiego czasu, około 22. o siódmej otrząsnęłam z siebie noc i usłyszałam deszcz. zrezygnowana zawinęłam się z powrotem w prześcieradło i postanowiłam jeździć już zawsze w tatry i nad Bałtyk.

A potem to minęło i został tylko wiatr. Z wiatrem pojawił się przepiękny wodospad i wyprawa jakąś łódką o wyporności kanistra wody. Jakimś cudem nie rozbiliśmy się na skałach a ja po raz kolejny zanurzyłam się w lazurowym, po uszy aż do rozpuku.

5

15 czerwca

Zza okna dobiegają ponure pobruki tricykli jeepneyow w korkach. Klima chodzi delikatnie, w zestawie hotelowym dwie szczoteczki do zębow, dwa ręczniki, a pokój miał być jednoosobowy. Mimo ze jako jeden z niewielu nie reklamował się uśmiechniętą buzia gejszy czy chwytliwym 'clean and…good!’, to w fotelach przy recepcji rozsiada się spasły białas z filipińską córką, czy może przyjaciółką.

Angeles, miasto gdzie Bóg wyraził swe zdanie dobitnie w 1991, topiąc tysiące girlie bars i hoteli na godziny w pyle i ogniu z Mt Pinatubo. Seksturystyka powstała z popiołów dość szybko, w ciągu kilku lat na zgliszczach rozrosła się rozpusta i degradacja Homo Philipino. A krater MtPinatubo drzemie kryjąc hańbę w wodach jeziora.

Do St Juliana jedzie się ponad godzinę. Stamtąd się idzie. Jest pod górę, jest gorąco, świeci dużo słońca, przez długo. O potem jest to. Krater.

Niestety zamókł mi aparat i już nie ostrzy. Teraz jest trochę tak jak ja widzę świat kiedy nie mam okularów. Aparat z wadą wzroku. Kaleka Minolta.

mt_pinatubo

 



2 odpowiedzi do “dziennik podróży”

  1. Stefan pisze:

    boso w szkolnym uniformie! super Ewa! i że jej dotykałaś. woda, ta do skakania, jest przejrzyta? Yo!

  2. ewadagny pisze:

    nie wiem, moze troche. ale to bylo w jaskini i lataly nietoperze i byko troche ciemno

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Time limit is exhausted. Please reload the CAPTCHA.