żółta febra

Francuzik pociąga długi łyk ze szklanki. Galijskie rysy mieszanki Clarka Kenta i Tin Tina wykrzywia grymas obrzydzenia. Pada jakaś nieprzyjemna skarga na jakość chińskich koktajli, że mleko z jogurtem, że sprite z miętą. Bądź mężczyzną, zamów piwo. Jest piątkowy wieczór, siedzę z grupą europejskich banitów w dzielnicy starbucksa, sztuki wysokiej odpoczywając po koncercie tradycyjnej muzyki mongolskiej. Miejsce jest prześliczne, łapczywie wyssało piękno chińskiej przyrody, rozbujaną roślinność, wymieszało z postindustrialem i prostym designem. Wieczór snuje się leniwie, plotą się jakieś historię kto, skąd, dlaczego tu. Patrzę na grupę, z którą zadziergam emigracyjną więź. Czy ja tego potrzebuję? Gromadzimy się blisko siebie, szukamy kontaktu, zrozumienia. Desperacko poznajemy ludzi, tylko po to by recytować im litanię skarg i dziwactw Narodu Ch. Pieśniarka kończy swój występ, dziękuje za miły wieczór. My wstajemy. Jesteśmy Europejczykami w Chinach. Pozbawieni ograniczeń, wolni, bogaci, panowie świata.

OCT-LOFT_SHENZHEN_17OCT11

Sea World, jedno z dwóch piekieł Shenzhen. Wypakowujemy się z taksówek, prosto na środek deptaka. „Trochę jak na Monciaku” warczy Wiktor. Warczy. Warczy na ciała, na półnagich osiłków z importu, na zapraszające szepty, na prawdziwe palmy i sztuczne rzęsy. Warczy, ale oczy świecą mu się gorączką żółtej febry.

Żółtaczka A, B, tyfus, tężec, zapalenie mózgu. Zaleca się leki na malarię i picie tylko butelkowanej wody,najlepiej przez słomkę, nie stołowanie się w lokalnych knajpkach. Wyjałowione w ten sposób europejskie ciało, chronione barierą uprzedzeń, opowieściami o zniewoleniu staje się niezwykle podatne na żółtą gorączkę. Nie umiem znaleźć powodu. Może to po prostu pociąg do czegoś nieznanego, może kruchość, filigranowość Azjatek, może nabożna cześć jaką dwudziestolatki o wyglądzie gimnazjalistek obdarzają panów świata, może łatwość i uległość, może mokry sen o czarodziejce z księżyca. Patrzę na kruchość istoty obok, nierzeczywiste niemal, pozbawione prawie rzęs oczy, nadgarstki dziecka, chichot dziewczynki. Przebrana w lateks XS tańczy na jakimś stole, z głośników dobiega niemiłosierna fala siejąc spustoszenie w moim ciele. Po kilku uderzeniach tracę zdolność odczuwania, obojętnieję. Na zniszczenie mowy, myśli, na sprzedąjace się parkietowi Chinki, na długonogie blondynki z importu chwiejące się przy stolikach, na błyskające żółtą febrą oczy przybyszy, na gorączkowy  głód chorych ciał.  Na piędziesięciolatków w tenisówkach Lacoste obwieszonych nastolatkami w koszulkach z Bradem Pittem. Na tyjących blondynów otoczonych wianuszkiem skośnookich nimfetek. Na desperackie pragnienie wszystkiego.

 



Jedna odpowiedź do “żółta febra”

  1. Adam pisze:

    Rozmiar XS jest nadzwyczaj duży 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Time limit is exhausted. Please reload the CAPTCHA.