Holender na saksach
Holender na saksach. W holu zawsze ktoś jest. Pode mną trzy pietra podziemnego parkingu, zanim w jednym z 5 wyświetlaczy LED zapali się parter w windzie stoi już kilka osób. Chwilę kotłujemy się, ktoś wchodzi, ktoś nie zdąży, przyjeżdża następna, nieoczekiwanie w drugim końcu korytarza, tam, gdzie akurat nie stałam. Szczęściem tutaj można odnaleźć kawałek domu, normalną atmosferę windowego ścisku, bojową gotowość krochmalonej koszuli, kanta teczki. Szpilki kolebia się leciutko przy drgnieniach międzypiętrowych, szeleszczą foliowe woreczki ze śniadaniem, roznosi się zapach pierogów z mieszanką wszystkiego. Patrzę na moje stopy. Wyglądają karykaturalnie .
Biuro znajduje się na dziesiątym piętrze, jest duże jasne. Parę szklanych szyb oddziela gabinety szefostwa, my, drobiazgi siedzimy karnie przy biurkach, nie nosimy słuchawek, lakieru do paznokci, minispódniczek, przeźroczystych bluzek ani stylówy lolity. Zadajemy pytania, spotykamy się na konferencjach, omawiamy wspólnie projekty. Tylko jak, skoro nie wypada? Bardziej niż wojny, robaków i chorób grzybiczych boję się kogoś obrazić. Tym właśnie jest zbyt otwarta opinia. Wkroczeniem w cudze władztwo myślowe. Bezwstydnym ekshibicjonizmem z zaplugawionego zachodu.
Drogi człowieku, jak to możliwe, że bez wahania kasujesz kartę obecności o 8.30, że równo z brzęczykiem tachometru wyrobnictwa spożywasz smażone tofu, wyliczonym gestem zapadasz w 10minutową drzemkę? Stało się, po czterech dniach stałam się moralizatorem dwumiliardowego narodu, drugiej gospodarki na świecie.
Ma wyblakłe, niebieskie oczy, zczesane, połyskujące loki i dziewczynę w Guangzhou. Opuścił jakimś cudem raj na ziemi i przyjechał być inaczej. Nie znosi miast, wszystkie wyglądają tak samo, jedynym które warto zobaczyć jest Pekin. Je ryż trzy razy dziennie. Skupiłabym się na rozmowie, ale pałeczki wylatują mi z rąk, czarne śliskości z pałeczek. Przeklinam w duchu wszystkich chłopaków, którzy zabierali mnie na makaron i pizze. Tyłam w wygodzie metalowych sztućców. Chińszczyzny, chińszczyzny trzeba było. Niemrawie przytaknęłam na zdawkowe pytanie o podróże, niestety. Mimo tysięcy przebytych kilometrów, mimo że stanowimy promil białych, nie zostaniemy przyjaciółmi. Ja chce być stąd. Chcę pisać palcem krzywe znaki, wygrzebywać brud spod paznokci na ławce w parku, chcę pluć na trzy metry i dogadywać się z bezzębnymi taksówkarzami na motorynkach. Chcę rozumieć to wszystko i cieszyć się kolorowizną lampionów, malowaną na srebrno fasadą udającą aluminiowe panele. Po trzech latach w państwie środka Peter wciąż jęczy, że korupcja, że taksówkarze dookoła zawsze i że sprzedają mu wodę dwa razy drożej. No najedz się antybiotyku i pij z kranu.


smażone to fu?
ej, kupiłem taką rybę w pudełku zrobioną już i było napisane, że oni usunęli z niej ości. a fu pewnie nie ma ości, nie? i czy dobrze zrozumiałem, że w Chinach nie mają burz mózgów, bo nie lubią jak się błyska?
wolą jak się blyszczy
Jezu, to nawet w kółko i krzyżyk pałeczkami grają!
mała poprawka, masz niekatualne dane Panienko, wg. mojej wiedzy to jest pierwsza gospodarka świata od 5 miesięcy 🙂 Uważaj na te anabole medyczne, chyba ze z europy, te chin to buble jak zawsze!
Seba, nie ma czegoś takiego jak dane. Nie zapominaj gdzie jestem.