baby boom

Patrzy na mnie takimi oczami. Takie trochę bez rzęs, albo brwi, jak miniaturowy mnich kungfu. Zawieszone kończynami na drugim człowieku, dyktuje  swoje miejsce w świecie luźnym bezwładem. Uczepia się gracją worka z kartoflami miniaturowym ciałkiem miniaturowej matki. Trochę się gapi, ale jemu akurat wolno niech całym swoim czteromiesięcznym pojmowaniem wszechświata zapamięta aberrację bializny. Będzie na później.  Może za dwadzieścia lat to właśnie on będzie krzyczeć na placu Pokoju czy tym razem Zgody „równość dla białych”.

 

Jest trochę ciemno, bo deszcz, bo po pracy i świetlówki już nie blaskają po oczach, bo kończy się lato w jakiś sposób. Po lewej duża ulica z samochodami, wszystkie te mercewu zabadźgane na złoto, trąbią. Miedzy nimi skutery obsadzone po trzy osoby i parasol. Kłąb jaki taki ruchu ulicznego. W tym wszystkim dzieci małe. Od zarania atakowane szumem życia, kilkumiesięczne stworzenia usadzone na elektronicznych huśtawkolwach wygrywających jingle bells w midi. Ich matki miały gorzej, żyły z błotem na stopach w wielorodzinnych kolektywach i teraz kompensacyjnie wkładają do głów milionowa aglomeracje od chwili poczęcia. Ku rozwoju.

 

 

 

 

CIMG0515



Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Time limit is exhausted. Please reload the CAPTCHA.